Do góry

Oblicza Metropolii

„Ja to szybciej narysuję pracę niż zrobię zdjęcie”

Uprawia malarstwo, rysunek, plakat, pracowała jako nauczyciel plastyki i wiedzy o kulturze, doradca metodyczny plastyki, wykładowca. Urodziła się w 1958 roku w Katowicach, mieszka w Tychach. Z plastyczką Beatą Kordon rozmawiała Katarzyna Litwinowicz

W Internecie łatwo znaleźć podręczniki i programy nauczania, których autorką lub recenzentką jest Beata Kordon. Z sieci można się także dowiedzieć, że jest metodykiem i jurorem konkursów plastycznych. Poza tym Beaty nie ma w wirtualnym świecie. O tym, że jest ona fascynującą artystką i wyjątkową osobą, dowiedziałam się od Krzysztofa Markusa-Markiewicza, który skomponował muzykę, inspirując się jej obrazami (wywiad z Krzysztofem możecie zobaczyć tutaj. 

Bardzo chciałam zobaczyć prace Beaty i udało mi się zdobyć do niej kontakt i umówić na wywiad. Uważam, że ktoś z takim dorobkiem naukowym i artystycznym powinien być bardziej widoczny. „Mało widoczny w Internecie” nie znaczy: niedostępny, nieosiągalny. Wręcz przeciwnie. Znaczy: ciepły, osobisty, znający swoją wartość i nieszukający poklasku. Wykształcony, zdystansowany (do współczesnych trendów), wartościowy, wrażliwy i otwarty; bezpośredni i uprzejmy. Powiedziałam, że chciałabym, aby wywiad ukazał się w Internecie.

Beata: Ale ja nie jestem ciekawym człowiekiem, ja nie chcę w ogóle istnieć wirtualnie, w związku z tym nie mam żadnych internetowych kont, „nie żyję” – tak jak to moje dzieci mówiły [moje dzieci oznacza dzieci, z którymi Beata pracowała]:  „jak kogoś nie ma na Facebooku to nie żyje”. Ktoś mi jakieś konto próbował kiedyś założyć, coś się tam podszywał… Nie ma mnie, nie chcę być, w ogóle mnie to nie interesuje. Jestem jak najbardziej skażona komputerowo, ale Facebook? Nie!

Dom Beaty Kordon i jej męża Tomasza to dom artystów, wrażliwych dusz: jest ciepły, sporo tu obrazów autorstwa samych właścicieli oraz ich znajomych. Na niektórych ścianach są muszelki, kamyki z całego świata; w ogrodzie nietypowe rośliny, grzyby, „jezioro”.

Beata: Ja sobie nie wyobrażam mieszkania w stali. Są takie domy, gdzie masz szarą podłogę, białe ściany – ja bym tam umarła. Ale są ludzie, którzy chcą tak mieszkać  i jest im dobrze. Każdy ma swoją przestrzeń. Najgorszą rzeczą, którą możesz zrobić, to kierowanie cudzymi odczuciami. Bo ty tak nie widzisz. Nie można żyć cudzym życiem.

To jest problem współczesności. Żyjemy tak, jak inni chcą żebyśmy żyli: żeby się im przypodobać. Takie podejście jest widoczne w wielu dziedzinach, również w sztuce. Pracowałaś z dziećmi – jak kształtować w młodych ludziach tę niezależność, umiejętność wyrażenia własnego zdania i warsztat twórczy?

Beata: Najgorszą rzeczą, którą można zniszczyć każde rysowanie są tzw. kolorowanki. Doprawdy, nie ma nic gorszego na świecie! Samo wyrabianie dokładności w pokrywaniu kredkami plam i mieszczeniu się w zakresie konturu jest wskazane dla tych dzieci, które nie radzą sobie z własną interpretacją świata. Nie można jednak realizować tego długo, bo dziecko zatraci chęć własnego działania. Słyszałam też zdania psychoterapeutów  stosujących tzw. kolorowanki dla dorosłych w rożnego typu nerwicach czy depresjach. Wiem, że dorośli to lubią. Kupują dobre kredki i bawią się w twórców. OK – sprawia im to przyjemność – to dobrze. Ale dzieciom bardzo łatwo jest zaburzyć ich wrażliwość narzucając gotowe rozwiązania i jeszcze wmawiając, że to jest „ładne”. Pamiętam, że jak przychodziły do mnie do pracy zwariowane babcie, które mówiły: „Jak on pięknie rysuje Kaczora Donalda!” – to wiedziałam, że razem z babcią ten chłopak powinien iść z powrotem. Bo zanim ja go oduczę tych wszystkich idiotyzmów…. To dziecko nigdy nie narysuje Kaczora Donalda, bo to nie jest jego kreska, tylko kopiowanie pana, który się nazywał Walt Disney. Te wszystkie kaczory donaldy, reksie i cała reszta –  to jest cudza praca. Dziecku, które zaczęło swoją przygodę z rysowaniem, trudno z tego zrezygnować. Ja zawsze z tym walczyłam i tłumaczyłam dzieciom, że to jest kradzież własności intelektualnej. Owszem, odwzorowywanie jest dobre do nauki – to jest jak ćwiczenie gamy. Ale ćwiczmy na naturze – kwiatku czy czymkolwiek. Bo Kaczor Donald jest kreską przetworzoną. Ktoś znalazł tę kreskę – tak długo szukał, aż znalazł. Lepiej wziąć już nawet kawałek drewna i narysować słoje – to jest o wiele bardziej wartościowe od przetwórstwa. Niestety, nasze standardy estetyczne kształtuje przetwórstwo, które jest wszędzie; jest to denerwujące: cały czas przetwarzamy jedne i te same wzory. Pan Warhol wymyślił dla Rolling Stonesów ten język, który tak został spopularyzowany… Tak samo pamiętam, jak w każdym domu były słoneczniki van Gogha. Można  je było znienawidzić.

Psyche

Ludziom się to podoba…

Beata: Im się to podoba dlatego, że ktoś im powiedział, że to jest ładne.

Krzysztof: Tak samo jest z disco polo.

Tak, chyba więcej rzeczy przetwarzamy niż tworzymy. Wszystko już było?

Beata: Dużo rzeczy było. Może nie wszystko; trzeba szukać własnej drogi. Jak ja chodziłam do szkoły to musieliśmy kopiować masę rzeczy. I to była dobra szkoła. Strasznie się buntowałam, ale trzeba mieć warsztat, żeby do czegoś dojść.

Czy to znaczy, że na początku malarskiej drogi należy zrezygnować z realizacji własnych pomysłów?

Beata: Nigdy nie można zrezygnować, niezależnie, jaka to jest dziedzina.  Nawet jak się jest w przedszkolu, nie można zrezygnować. Może być bardzo kreatywny szewc i beznadziejny plastyk. Są ludzie, którzy cały czas malują jeden i ten sam obraz. Cokolwiek by nie namalował, „spod pędzla mu wychodzi mu słoń”. Tymczasem należy szukać różnych dróg. Ja sama jestem maniakiem czytania, rozwijania się.

Bardzo ładny macie domek, takie wnętrza z duszą, tyle obrazów i książek. Chciałabym je zobaczyć.

Beata: Aa, książki? To chodź, pokażę ci. Mam perły typu: wszystkie dzieła van Gogha, wszystkie dzieła Picassa, wszystkie dzieła Dalego. Tu jest impresjonizm. Nie cały, bo nie da się całego impresjonizmu ująć. Zresztą, każdy się musi wyleczyć sam z impresjonizmu. Jak się nie wyleczy, to leży – to jest jak owsiki czy inna odra.

A jak u ciebie to wygląda?

Beata: No mam nadzieję, że już nigdy żadne nenufary nie będą mnie straszyć po nocach.

Beatko, co cię inspiruje? Tworzysz pod wpływem impulsu czy masz jakiś plan na obraz?

Beata: Ja go po prostu widzę.

Krzysztof: Tak jak ja z muzyką. Wiem dokładnie, co chcę zrobić.

Ale w jaki sposób „widzisz obraz”? Fotografowie często działają tak: widzą rzeczywistość, spodoba im się np. jakiś widok i mówią: „z tego będzie ładne zdjęcie” i przenoszą go na sztukę. Też tak masz?

Beata: Ja to w ogóle szybciej narysuję pracę  niż zrobię zdjęcie, bo nie umiem robić zdjęć. Zanim ja to wykadruję… Fotografika jest dziedziną sztuki. Fotografika –  tak, fotografia – niekoniecznie, bo to jest cykanie takie. Uważam, że w dobrej fotografii nie wolno przenosić wszystkiego dosłownie. To nie ma żadnego sensu. Miało sens kiedyś, ale to się skończyło. Tak samo jak trudno produkować teraz fugi Bacha – on zrobił wszystko na ten temat. Koniec, skończyło się, każda fuga następna jest pomieszaniem i to jest odtwórcze, a nie twórcze. Więc, jeśli chodzi o malarstwo, z tego pejzażu wybierasz sobie jakiś element. Miałam kiedyś taką wystawę, której motywem przewodnim były drzewa. One mnie urzekają. Co do zdjęć: mamy parę pięknych albumów. Uwielbiam piękne fotografie.

Tylko muszą by  piękne?

Beata: Hmmm… Dobrze skomponowane. Bo „piękne” to jest złe słowo. W 1907 Picasso namalował Panny z Avignon i skończyła się kategoria piękna w sztuce.

Od jak dawna malujesz?

Beata: Od dziecka. Bardzo walczyłam o to, żeby iść do szkoły plastycznej. Moja mamusia uważała, że powinnam tańczyć, iść do baletu. Do tej pory mi się zimno robi, jak widzę tę spódniczkę. Mama uważała, że taniec jest dobry dla dziewczynki. A malarstwo? To typowo męski zawód. Miałyśmy w plastyku ogromne powodzenie, bo nas było parę sztuk na całą szkołę. Do tej pory zresztą tak  jest, że my, kobiety, musimy się przebijać przez życie.

Wszystkie dzieci malują. Kiedy zaczęłaś świadomiej zajmować się plastyką?

Beata: Każdy umie rysować, nawet ludzie, którzy twierdzą, że nie potrafią. Z malowaniem bym się tu wstrzymała. Najpierw się uczysz rysować, potem pisać. To naturalne w rozwoju. Zanim zaczniesz pisać, robisz kreski. Lepsze, gorsze, i tak dalej. U mnie to było tak, że zawsze rysowałam po wszystkim i malowałam po wszystkim… Mam do rysunku szacunek, bo to jest bardzo trudna dyscyplina sztuki. A wszystkim się wydaje, że każdy bazgroł to jest rysunek. Dużo bardziej cenię rysunek.

Czyli sądzisz, że każdy umie rysować, choć to trudna sztuka, a nie każdy umie malować?

Beata: Nie. Rysunek do dyscyplina sztuki. Rysowanie to czynność, do której dzieci w wieku około trzech lat są manualnie gotowe. Jeżeli dziecko się rozwija, to o wiele trudniej mu się rysuje niż maluje, bo to jest bardziej szczegółowa praca. Uważam wręcz, że pobazgrolić farbami może każdy. Bierzesz farby, pędzel i pokrywasz jakoś powierzchnię. Dzieci uwielbiają duże plany. Więc jak widzisz takiego słonia, który trąbą sobie maluje, to wiesz, tak może każdy. W rysunku już temu dziecku tak nie wyjdzie, bo musi się dużo więcej napracować.  Nagle się okazuje, ze z tych głowonogów i z rożnych innych nie potrafi przejść do realizmu. Dziecko w wieku mniej więcej 12 lat chce rysować bardzo realistycznie. Ale jeśli nie ma warsztatu, jeżeli nie ćwiczyło wcześniej, to ta kula, którą chciał narysować, mu nie wyjdzie.

Jak powstał np. Twój obraz Tanatos?

Beata: On jest z serii mitologii.  Kiedyś namalowałam cały cykl mitologii. Ona mnie fascynuje. Tomek [mąż] uparł się, że Tanatosa nie mogę sprzedać.

Krzysztof skomponował utwory do trzech obrazów Beaty: Tanatos, Puszka Pandory i Psyche. 

Tanatos

Krzysztof  (rozglądając się po mieszkaniu): O, a co to jest? To jest czwarty? To dlaczego ja do tego muzyki nie zrobiłem? Beata powiedziała, że zawsze wie, co zrobi. Ja już mam gotowy utwór patrząc na ten obraz. Poważnie mówię, nie żartuję: będzie słychać krople w tym utworze.

Beata: Krople też mnie zawsze fascynowały.

Krzysztof: O, Puszka Pandory jest.

Beata Kordon: No jest i ja jej nie sprzedam, Krzysiu.

Krzysztof: Ciekawe, za ile Psyche poszło… Chciałem go kupić.

Beata:  Nie wiem, co ci zależy, co ty masz z tym Psyche. Zafascynował cię. Psyche jest w Mikołowie, facet kupił obraz na tej wystawie, na której go prezentowałam.

Krzysztof: Tak mnie ten obraz zafascynował, że najpierw powstał utwór, potem cała płyta.  Zresztą moja Psyche się dobrze sprzedawała za granicą i wg recenzentów była to moja najbardziej dojrzała płyta.

Jak to się stało, Beatko, że Twoje obrazy zainspirowały Krzysia do skomponowania muzyki, a w konsekwencji wydania płyty?

Beata: Kiedyś zajmowałam się tym, że ludzie, którzy chcieli uczyć według swojego programu, zgłaszali się do mnie, ja im ten program oceniałam, bo byłam metodykiem. I zgłosiła się wtedy do mnie żona Krzysia i przyjechała z nim. A on, zamiast być tylko kierowcą, zaczął łypać po mieszkaniu i kombinować. Ja wtedy przygotowywałam wystawę, tę konkretną ekspozycję z mitologii. Mieliśmy takie dość małe mieszkanie, pracowałam wtedy w oleju. Krzysiu zaczął się tym interesować  i zadawać 150 pytań mnie zamiast słuchać tego, co mówiłam jego żonie na temat tego, co ma poprawić czy nie poprawić. Potrafił mi zajrzeć pod paletę. Zdominował spotkanie. Pierwszy raz widziałam, jak ktoś patrzy pod spód, tu, tam; dla mnie to było nie do pojęcia, że można tak przyjść do kogoś… Najpierw mnie wkurzył, a potem zafascynował tym, że zadaje takie pytania. O wiele większe zaangażowanie widziałam u Krzysia niż u Asi, która pisała ten program.

Krzysiu, widziałeś 30 rożnych obrazów, których motywem przewodnim była mitologia, dlaczego akurat do tych skomponowałeś muzykę?

Krzysztof: Tu jest tak jak Beatka powiedziała: że wie, co namalować.  Ja patrząc na Tanatosa, od razu znalazłem tę harmonię.

Beata: Tam w pracowni jest ten rysunek, Tanatos w wersji kobiecej.  Biała kreska – ja lubię białą kreskę… Ludzie maja dziwny stosunek do śmierci.

Co to znaczy: dziwny?

Beata: To jest paniczny strach. Ja wiem, że to od wielu rzeczy zależy. Obojętnie, czy jesteśmy wierzący, czy niewierzący to każdy chce być tu i teraz, a nie gdzieś…

Beata Kordon

A jaki jest twój stosunek?

Beata:  Całe życie staram się zmierzyć z tym, że jestem tu tylko na chwilę. To jest trudne, bo człowiek się lubi otaczać rzeczami, zbudować swój świat. I to jest, to istnieje – tak jak się rodzimy, tak odchodzimy. I trudno. Jest dużo takich ludzi, którzy odeszli i wtedy się mówi takie bzdury: „Och, był niezastąpiony”. Nieprawda!

Ja sądzę, że każdy jest wyjątkowy, poprzez swój charakter i dokonania. Poza tworzeniem sztuki, pisałaś także programy dla nauczycieli i uczniów oraz podręczniki. Wpływałaś przez to na sposób myślenia, na wrażliwość młodych ludzi.

Beata: Po iluś latach pamiętam, jak siedziałam w klasie, jak uczyłam i mówię, że na 63 stronie jest jakiś obrazek, taki i taki numer. I nagle dziecko mi zadało pytanie: „skąd pani to wie jeżeli nie pani podręcznika w ręku?”, a ja sobie uświadomiłam, że ja te książki  znam na pamięć, bo tylko nauczyciele wiedzą, co jest w podręcznikach. Więc w tym momencie powiedziałam sobie: nie, nie, musisz przestać. Dawniej był taki system, uczyłam w szkole podstawowej przez jakiś czas, gdzie np. cały dzień uczyłam klasę czwartą. I powtarzałam trzy razy jedną i tę samą lekcję, przecież można dostać na głowę. Mnie normalnie ktoś ułożył plan i ja tak jechałam, wiesz: czwarta klasa, piąta, szósta, siódma, ósma. To nie jest normalne: żeby się tak wygłupiać! Zaczęłam pisać własne programy dostosowane do zainteresowań uczniów, a nie ministerstwa.

Dlatego ta przygoda się skończyła, tak?

Beata: Nie, potem uczyłam jeszcze długo w gimnazjum,  liceum, wszędzie wprowadzałam swój program nauczania. Ułożyłam pierwszy w tym kraju program do wiedzy o kulturze. Ten przedmiot niestety siadł, okazało się, że jest niepotrzebny… Ja bardzo lubiłam moją pracę, zresztą do tej pory, gdyby nie choroba, siedziałabym w domu kultury. A przygoda się skończyła, jak skończyłam 60 lat. Jestem przeszczęśliwa, bo jestem emerytem. Ja już nic nie muszę, mogę robić, co mi się żywnie podoba, to jest taki luksus!

Dziękuję za rozmowę!

 

Comments

Dodaj komentarz